Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z październik, 2014
nic nie jest takie jak powinno
to znaczy może niektóre rzeczy bywają, u mnie jednak wszystko jest jakie jest nie takie jakbym chciała, zawodzące w szczegółach, rozczarowujące, rozłażące się, słabe
wczoraj, po raz kolejny, poczułam się jak smieć w mojej pracy.. Cóż, nie programuję, więc jestem nikim. Nikim odwalającym mrówcza pracę. Pracę która tak naprawdę nie spotyka sie ani z szacunkiem ani z uznaniem. T postanowił przeciągnąć spektakl pt. rzucam to wszystko w chuj. I dziś nadal rzuca, a ja nadal nie wiem, co bedzie dalej. Oczywiście, mam podstawy przypuszczać, że dalej będzie tak jak teraz, czyli różnie, z naciskiem na trudno... A kiedy wracałam wczoraj do domu, powoli zapadał zmrok, w aucie cichutko śpiewała Sade, w moje auto z niezłym impetem wjechał rowerzysta. To niesamowite i bardzo niefajne uczucie kiedy wiesz, że zaraz zdarzy się coś, czego nie jesteś w stanie uniknąć, po czym uderza w ciebie człowiek i przelatuje ci z wdziękiem przez maskę. Na szczęście jechałam 10 km/ h, …
więc jestem w międzyczasie miałam kilka fajnych pomysłów na wpisy, ale się wzięły rozjechały
ciągle coś, nieustannie coś mnie żre od środka i toczy robal niepokoju dziś na przykład mój uroczy małżonek postanowił rzucić pracę, czy i jak skutecznie, tego nie wiem on jeszcze też nie wie życie to nie bułka z masłem
dziecko natomiast wykazuje się daleko posuniętym tumiwisizmem wobec życia i uznaje, że skoro opanowało pewne czynności, to doskonalenie ich jest zajęciem absurdalnym... Oraz stratą czasu. mogłabym wychwalać jej minimalizm,ale akurat nie dziś.
a ja
wyglądam nie za dobrze, a jak sie czuję to nie wiem, bo mam wrażenie, ze od kilku tygodni nie czuję w ogóle. Się.
mam worki pod oczami, celulit i czerwoną torebkę
własnie mi kurier przyniósł

miała pasować do mnie i mojej energii
ale chyba nie dziś

to idę
życie wzywa

rola wsiowego głupka

moja ulubiona
znaczy, moja najczęstsza
albowiem dystans, śmiech, głupawka i żart
albowiem...

ale powiem, że lekko zaczyna mnie męczyć
jako i rola brata łaty, co to wszyscy wszystko wiedzą o mnie, lub też im sie wydaje tak

lekko podenerwowana jestem ;)
no bo zasadniczo jestem, jaka jestem (dobra, wiem, szokująco odkrywcze), ale nie do końca jestem tym, na kogo się kreuję, zatem zalecam nieco mniej wiary w moje zdolności budowania tożsamosci...

w sumie to chodzi mi głównie o to, ze nie lubię być traktowana z pobłażaniem i w sposób, który sugeruje, że nie mam mózgu.

a poza tym - mam katar, kaszel i może nawet temperaturę

pa



jest szansa, że ten pędzący kołowrotek kiedyś zwolni?
bo ja to lubię tak pokontemplować, popatrzeć z boczku, z kawą posiedzieć, wiecie rozumiecie... tymczasem mądrości zyciowe dotykają mnie swymi zimnymi palcami nawet, a co!, tykają i popychają, na nos, na bruk, na glebę
no i tak odhaczam codziennie tych 16 do 18 godzin, co nie wiem jak i kiedy kolekcjonuję wrażenia, o na przykład kupiłam nową płytę Kasprzyckiego, piękna rzecz. I nową Alice Munro. I dziecku kurtkę na zimę, choć to doznanie raczej niskiego szczebla :P i ogarniam, ogarniam, ogarniam, pasjami i coraz większa to kuweta, ja nie wiem jak ona się powiększa. Jak wszechświat rośnie, bez początku i końca. Rośnie. Czasem zdarzają się białe karły zdarzeń i czarne dziury emocji. No kosmos. Po prostu kosmos.
I co ? Czasem się mylę. Z dzieckiem i co do dziecka czasem się mylę. i kiedy idę z dzieckiem i ono wiecznie podskakuje i podskakuje i skacze i mówię mu w końcu "weź moje dziecko matki nie wkurzaj, nie skacz żesz tyle"…

..

i tak chyba właśnie jest codziennie od nowa to samo, ten sam zaciek w łazience (oczywiście mieliśmy go zamalować w wakacje..), nieustannie zachlapane lustro o poranku i lekki foch że skarpetki/bluzka/ rajtki... to samo codzienne obiecywanie sobie, że jutro wcześniej wstanę, zdążę ugotować jaglankę i ze spokojem pomaluję oko to samo przekonanie, że zakończę to, co dla mnie złe na rzecz tego, co mnie rozwija. Codziennie budzę się z tak samo nieprzytomną głową i czuję ten sam ból mięśni (w zależności od tego, którą partie ćwiczyłam poprzedniego wieczoru) i wykonuję te same czynności.
Codziennie wieczorem obiecuję sobie lepsze jutro. Mniej tego, więcej tamtego... A potem wpadam w szpony życia i robi mi się wszystko jedno. Chodzi o to, żeby przeżyć. Są, oczywiście, tacy (Synafio, jeśli tu zajrzysz, muszę Ci sie przyznać, że kocham to łacińskie Sunt, qui..) którym udają sie spektakularne przemiany i wielkie sprawy. Ale rzadko. I nie wszystkim.
Dziergam to swoje życie, z coraz większa pokor…

o niczym

pomyślałam wczoraj nad deską do prasowania, że czas mi jakoś przyspieszył
i nie wiem wcale, czy ma to związek z tym, że się starzeję, że dziecina mi dorasta, czy może z tym, że naprawdę ciągle jest mnóstwo rzeczy do zrobienia? no a samo się nie zrobi, jak słusznie mawia Ewa Ch. :)
więc gonię, tak naprawdę to może nie gonię, ale gonią mnie myśli w tyle głowy, że to, że tamto, że w poniedziałek Młoda ma konie do 19, więc pojechać trzeba po nią i wrócić i nakarmić i potem nagle jest 21.30 .. we wtorek od 16 do 17.30 szermierka więc z wywieszonym jęzorem lecę po spoconą Dziecinę, która akurat między 17.30 a 20.30 ma najwięcej energii, więc ćwiczy jeszcze w domu, skacze i dostała ostatnio zeszyt, ze zdjęciami swoimi jak wygląda prawidłowa postawa, ręka, noga, głowa ... Trener nie odpuszcza. Poza tym do 25 musimy zrobić badania lekarskie u lekarza sportowego (WTF??) bo Młoda będzie występować na zawodach w barwach AZS AWF. No i zawody są głównie w Niemczech.. No i dres szermierczy kosztuje…
czasem myślę, że życie to sekwencja przypadkowych zdarzeń  w przypadkowej kolejności, które spotykają nas nie wiadomo czemu ale wszyscy dokoła mówią, że to ma sens, więc wczoraj, jadąc samochodem wiele godzin spróbowałam poszukać tego sensu. Poszukac, bo czy znaleźć, to nie jestem pewna.
Otóz centralnym punktem, wokół którego kręci się od jakiś trzech lat moje życie jest/ był M. Jakbyśmy na to nie spojrzeli - spotkałam go i pokochałam. Sensu w tym za grosz, ale tak się stało. Złamałam obietnicę, przysięgę małżeńską i pozwoliłam sobie na tę miłość. Bo przecież była ona moją decyzją i moim wyborem... Gdyby nie była, to nie istniały przysięgi i obietnice, zakładające, że uczucia i emocje są pod naszym panowaniem i są kwestią naszego wyboru. Szukałam długo i pracowicie sensu tej historii. Staram się zrozumieć- dlaczego ?
Nadal nie wiem :) wiem, że sekwencja pewnych zdarzeń doprowadziła do tego, co jest. A ja tego nie oceniam. Oceniałam, wiłam się w męczarniach, samookaleczałam, wyzywałam…

jeszcze jeden dziś ;)

"Czasem wyobrażałem sobie w bliższej czy dalszej przyszłości nasze wspólne życie i zawsze lęk mnie ogarniał, czy byłaby ze mną szczęśliwa, a gdyby nawet zapewniała mnie, że tak, nie wierzyłbym jej, że jest szczęśliwa. A zasługiwała na to, aby być szczęśliwa. Toteż życie moje mogło być wyłącznie moim życiem i moim ryzykiem. Wiem, że to najtrudniejsze do zrozumienia, co nie chce znać swojej przyczyny. Więc może najłatwiej byłoby powiedzieć, że widocznie tak się musiało stać, jak się stało. Być może człowiek nie wiedząc o tym, sam na siebie wydaje wyroki. I bez żadnych przyczyn".

[W. Myśliwski Ostatnie rozdanie]
Nie ważyło wiele, tylko że to, co ważne, nie waży wiele, zupełnie jak to, co nieważne - dlatego tak łatwo pomylić jedno z drugim, poplątać i się zagubić.

I. Karpowicz