i to chyba jedyny przyjemny moment dnia wczorajszego- jak dobrze, że minął.
Dziecko moje mnie rozwala, bynajmniej nie jest to rozwalenie pozytywne, po całowieczornym użeraniu się i płaczu i wrzasku i gniewie, którym można by zabić pluton wojska, dziś obudziła się zasmarkana i z zaropiałymi oczami. Najpierw umówiłam ją do lekarki na dziś (tradycyjnej) na osłuchanie, potem udało mi się dodzwonić do homeopatki, która dała mi wskazówki na ewentualny "ciąg dalszy". W grupie Łucji dziś na 25 dzieci było/ jest (??) 6. Mam nadzieję, że weekend wystarczy by spionizować stan zdrowia dziecia.
Zauważyłam, że ludzie mowią mi różne rzeczy, a ja potem, doprawdy, nie wiem, co z nimi zrobić. Wydawało mi się, że jestem z tych nie wzbudzających zaufania, a okazuje się, że nawiązuję relacje ze wszystkimi, którzy pojawią się w zasięgu wzroku gdy tylko na nich spojrzę. Może jednak nie należy się idiotycznie uśmiechać od rana do wieczora? Pani Stasia "od kotów" zawsze poopowiada o którymś futrzaku podblokowym, a pan "własciciel ubranego z fantazją jamnika" z IV piętra, zaprasza mnie z Luśka na herbatę "bo córka lubi pieska" ... niestety, córka lubi wszystkie pieski, a psa sąsiada przytachała niedawno do mieszkania, żeby "zaprzyjaźnił" się z Rychem. Rysiek miał stan przedzawałowy.
a, ja, dla odmiany, coraz rzadziej mówię, coraz częściej przychodzi mi napisać, to co jest. I chyba łatwiej. Może to typowa, zimowa mizantropia, a może mały dystans, który łapię zazwyczaj wtedy, gdy dochodzę do ściany i walę w nią głową. Nie wiem.
chciałabym dostać bukiet kolorowych kwiatów.

